Bob Smith
Zacisnął zęby, rozejrzał się pa pozostałych i niemal nienawistnie spojrzał na agenta.
"Swoje już powiedziałem. Nie wiem *cenzura*, co ten agencior sobie wyobraża, no tak to nie będziemy rozmawiać już ja mu pokażę!"
Myślał głęboko i widać było ,że cały buchał od środka, ale po chwili zadusił coś w sobie i już beznamiętnie patrzył na to, co się dzieje.
"Ale chwila, jeśli teraz przejmę całą jego uwagę wówczas wezmą mnie na dłuższą obserwację, cholera wie do czego jest zdolny a przy sobie mam "śmierć". Prędzej czy później zorientują się, że coś jest nie tak. "
Bob rzucił ukradkowe spojrzenie w kierunku w którym nikogo nie było. Nikogo oprócz małej dziewczynki, której poza Bobem i tak nikt nie widział. Było to ukradkowe i chwilowe spojrzenie.
"Nie, nie teraz, nie rób z siebie wariata. Poczekaj spokojnie, może zaraz to wszystko się wyjaśni.
Jeśli o podpalacza chodzi to może ten zabandażowany facet będzie coś wiedział ?"
Spojrzał się zagadkowo na leżącego obok pacjenta. Sięgnął po kawę, odłożył na bok śmietankę i cukier i pił powoli rozkoszując się smakiem. Z całego przejęcia nawet nie zauważył jak bardzo był spragniony. Gardło niemal mu wyschło. Powoli i spokojnie popijał kawę czekając na reakcję innych.
Sara Peterson
Kobieta ze spokojem obejrzała wszystkie zdjęcia. Zrobiły na niej niesamowite wrażenie, choć nie rozpoznała na nich żadnej twarzy ani miejsca.
Następnie podała zdjęcia dalej i wysłuchała słów Agenta.
- To znaczy... Czy pan twierdzi... - wstała z fotela - Czy podejrzewa pan nas o to wszystko? O odprawienie jakiś durnych rytuałów i wyrycie swoich własnych imion na płycie? A może jeszcze podejrzewa nas pan o podpalenie?
- Obejrzałam te zdjęcia i niczego co tam jest nie kojarzę ani nie znam. Kiedy wybuchł pożar Uczelni byłam w pracy. Nie należę do żadnych sekt, nigdy w życiu nie uczestniczyłam w żadnych sekciarskich spotkaniach, na których odprawia się rytuały i wypisuje nazwiska ludzi na grobach...
- Proszę PANA! - siadła z powrotem w fotelu i założyła nogę na nogę dla pewności - Niech nam pan wyjaśni w końcu o co chodzi? Skoro wie pan coś na ten temat, to proszę udzielić mi informacji, ponieważ jak pan zdążył zauważyć na płycie widnieje nazwisko moje i mojego męża. Może ktoś z sąsiadów robił sobie głupie żarty? Nie wiem, ale martwię się o swoją córkę. A tak poza tym, czy w takim razie nie należy nam się całodobowa ochrona? Ktoś chce nas zabić, proszę pana! To poważna sprawa...
Zaczęła lamentować i nakręcać się sama na jakieś dziwne teorie, aż w końcu ktoś musiał jej przerwać. Wtedy cicho przeprosiła i wyraźnie się uspokoiła.
Alan Moss
- Chyba Pan Wilsmam opuścił kilka zajęć z psychologii. – pomyślał Alan widząc jego nieudolność w postępowaniu z osobami mającymi pomóc mu w śledztwie. Rzucił okiem na zdjęcia i podał je dalej, do Jeremy’ego. Podszedł do kobiety siedzącej w fotelu, przykucnął przy niej i biorąc za rękę postarał się ją uspokoić. W takich sytuacjach jak ta, udowadniał sobie po raz kolejny, że jego dyplom z psychologii nie okazał się tylko kolejnym papierem w szafie i czasem przydawał się w zwykłym, codziennym życiu.
- Czyli co, będzie Pan tak dalej siedział bezczynnie, bronił czci bogatych lekarzy i przyglądał się jak ci ludzie cierpią? Taką postawą chce Pan nas zachęcić do współpracy? – popatrzył na niego z politowaniem
– A może cierpienia jednostki to dla Pana zbyt mało? Rozkręca się Pan dopiero wtedy, kiedy ofiary idą w setki?
Mam w nosie wszystkich rządowych specjalistów, ale jeżeli będzie Pan tak dalej z nami pogrywał i traktował jak mięso na haku, to Pan i Pańskie śledztwo szybko do nich dołączą. – mówił spokojnym tonem z lekką choć zauważalną nutą sarkazmu.
- Wszyscy dobrze wiemy, że nic na nas nie macie, bo niczego nie zrobiliśmy, co byłoby sprzeczne z prawem. Wszystko, co Panu powiemy zależy wyłącznie od naszej dobrej woli. Więc jeśli naprawdę zależy Panu na przyspieszeniu tego śledztwa i naszej współpracy, to może użyłby Pan swojej władzy w dobrej sprawie i poprosił pielęgniarkę o padanie tych, cholernych środków znieczulających. To naprawdę żaden grzech, jeśli okaże Pan trochę człowieczeństwa w swojej poważnej pracy.
Teraz Pana ruch, proszę go dobrze przemyśleć.
Jeremy odstawił kubek niesłodzonej, czarnej kawy, którą przed chwilą sączył, kiedy przyglądał się reakcjom pozostałych. Zaczynał lubić tych ludzi. Są twardsi, niż myślałem. Nie dadzą sobą pomiatać - pomyślał z aprobatą.
Przejął od Alana zdjęcia. Przy pierwszym zdjęciu z niedowierzaniem uniósł brwi. Przy drugim zacisnął pięści, blizna na jego twarzy zaogniła się, a oczy zaczęły miotać pioruny. Cisnął zdjęciami o ziemię, po czym uderzył pięścią w ścianę. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Z rozbitej dłoni popłynęła krew.
Odwrócił się gwałtownie ku agentowi, który ze zdumieniem przyglądał się jego reakcji. - Lepiej, żebyście coś z tym zrobili. - niemal wykrzyczał. - Jeżeli wy *cenzura* to śledztwo, to sam odnajdę tych sukinsynów i się z nimi policzę!
Wilsman spojrzał na niego z mieszanką nadziei na nowe informacje i lęku przed tym atakiem gwałtowności. - Pan... coś... rozpoznaje na tych zdjęciach? - Tylko chwila zmieszania. Agent natychmiast się opanował i spojrzał na Jeremiego już bez widocznych emocji. - Proszę się uspokoić i powiedzieć mi, co pan wie.
Jeremy wziął głęboki oddech. - Drogi Panie... jak Panu tam... - jego głos był pełen wzburzenia i goryczy. - ten grób... to miejsce spoczynku mojej... - głos załamał mu się na moment, w oczach pojawiła się sugestia łez - to grób jedynej kobiety, jaką w życiu kochałem. Jeremy zamilkł. W głowie miał mętlik. Jak mogłem przestać ją odwiedzać. Odkryłbym ich. Coś bym zrobił. Poczucie winy i żalu odebrało mu resztki samokontroli. Odwrócił się ku Wilsmanowi z dzikim, niewidzącym spojrzeniem. Jego oddech stał się gwałtowny. Czuł, że zaraz może zrobić coś złego. Z całej siły kopnął w ścianę. Ból przeszył mu stopę. Wiedział, że robi z siebie idiotę, ale to lepsze niż gdyby miał skrzywdzić tych ludzi. Uspokoił się nieco.
- Niech mi Pan wybaczy, panie agencie. Zwykle panuję nad sobą... Widziałem tego człowieka. - wskazał palcem na leżące wciąż na ziemi zdjęcie. - groził mi śmiercią. Był u mnie w księgarni. Mam z sobą książkę, którą się interesował. - Jeremy wyjął zza pazuchy tom o kultach ognia i podniósł go do góry jak jakieś trofeum. - Wiele z tych symboli na grobie jest tu opisanych. Czuł się wyczerpany. Spojrzał na Wilsmana niemal ufnie, tak, jakby ten miał klucz do tej zagadki.
Sara Peterson
Kobieta momentalnie wystraszyła się zachowaniem groźnie wyglądającego i nieznajomego mężczyzny. Szybko wstała z fotela i z obawą niemal maniakalną, oddaliła się od niego najdalej jak mogła. Bała się, że znowu ktoś ją uderzy, nie chciała więcej tego czuć... ta bezradność i ten ból... Niemal zemdlała gdy uświadomiła sobie, że mężczyzna jednak nie chce jej zrobić krzywdy. Usiadła na wolnym łóżku, wysoko pod ścianą i objęła swoje ramiona. Wyglądała jakby w jednej chwili miała się rozsypać i zacząć płakać.
Bob Smith
Położył rękę na ramionach kobiety. Wzdrygnęła się w pierwszym momencie i już ją chciała z siebie zrzucić, ale pohamowała się słysząc uspokajający głos Boba:
- Pani Saro już jest Pani bezpieczna, nikt tu obecny nie pozwoli na to by ktokolwiek Panią skrzywdził, ja z pewnością na to nie pozwolę.
Posłał jej możliwie najcieplejszy uśmiech, przesłał na nią całą pozytywną energię, jaką miał w sobie, po czym sam zabrał rękę z powrotem. Oboje jakby odetchnęli nieco z ulgą.
Ucieszył się z reakcji Jeremiego, przynajmniej przyciągnął on uwagę wszystkich a Bob mógł sobie znowu pozwolić na spojrzenie na dziewczynkę. "Śmierć" jakby zlękła się zachowania Jeremiego, lecz po chwili strach przeszedł w smutek - niewyobrażalny wręcz smutek. Teraz Bob poczuł, że sam potrzebuje wsparcia, bo nie wie ile jeszcze wytrzyma.
Oni przynajmniej mają już spokój - pomyślał, a ja wciąż przeżywam jakiś koszmar. Co ona tu ogóle robi? Bob już niemal chciał zapytać się o nią pozostałych, ale powstrzymał się. Nie wiadomo jak zareagują na ujawnienie "śmierci”, na to jest chyba za wcześnie.
Wypił łyka kawy odstawił filiżankę i przemówił - głos miał już opanowany i spokojny, niemal artykułował niektóre słowa, tak by dobrze zapadły w pamięci i uwadze słuchaczy. Był dobrym mówcą - przynajmniej, jeśli chodzi o technikę prowadzenia rozmowy i wysławiania się.
- Prowadziłem kiedyś sprawę pewnej kobiety oskarżonej o podtruwanie sąsiadów. Sprawa była o tyle skomplikowana, że robiła to przy pomocy magii Voo-Doo - tak przynajmniej twierdzili sami poszkodowani. Prokurator pewnie nawet nie ruszyłby tej sprawy, gdyby nie przeszukanie, które ujawniło, że kobieta ta była w posiadaniu wielu dziwnych środków a cześć z nich mogła być użyta do otrucia kogoś. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że gdy doszło do procesu, prokurator po odczytaniu aktu oskarżenia nie wydusił juz z siebie ani słowa. Milczał jak grób przez cały proces, podczas gdy ja zupełnie swobodnie i skutecznie broniłem kobiety. Mówię to Państwu po to by uświadomić Wam, że wierze w takie rzeczy. Nawet, jeśli ten kult czy sekta nie ma żadnej mocy to sama ich wiara w pewne rzeczy i zdarzenia może pociągnąć za sobą realne konsekwencje.
- Czy mógłbym obejrzeć tą książkę - zwrócił się do Jeremiego, co prawda agent pierwszy wyciągnął po nią rękę, ale Bob był bliżej i zdążył ją przechwycić - zaraz panu oddam chciałbym tylko zobaczyć czy w jakikolwiek sposób jest ze mną związana? Może coś mi podpowie - jak juz wspomniałem w dzieciństwie...
Zamilkł na chwilę. Wrócił do przeglądania książki i kontynuował dalej.
- O ile znam się na ludziach to ci z sekty z pewnością spróbują włamać się do Pańskiego domu i miejsca pracy tylko po to by ją zdobyć. Na chwilę zatrzymał się przy opisie jakiegoś rytuału, lecz po chwili kontynuował. Mam znajomego - zamknięto go na pół roku, jest doskonałym fałszerzem - właśnie za to siedzi, ale chyba nie mamy czasu na zrobienie kopii - zniekształconej oczywiście. Znając życie to oni nie dadzą panu spokoju dopóki nie zdobędą tej książki. Bob skończył ją już przeglądać i oddał ją właścicielowi. Widze, że jest stara i nie jest przeznaczona dla laików a to tym bardziej upewnia mnie, że mamy do czynienia z prawdziwymi okultystami.
- Logicznym ruchem sekty będzie próba zdobycia tej książki - może uda się na nich zastawić jakąś pułapkę Panie Wilsman? Jednak szczerze to wolałbym, aby pozostała ona w rękach dotychczasowego właściciela - zwrócił się do Jeremiego - Dzięki Bogu, że nie oddał Pan jej tym fanatykom. Staliby się jeszcze bardzie niebezpieczni.
- Poza tym myślę, że Pan Alan ma całkowitą rację. Jestem już niemal pewien, że nikt z nas niczego złego nie zrobił. Jesteśmy tu ofiarami a nie sprawcami tych przestępstw. Kiedy płonęła ta akademia to ja leżałem tu w szpitalu, więc definitywnie nie mam z tym nic wspólnego a Pański tryb rozmowy faktycznie odbiega od standardów rozmów z ofiarami przestępstw. Pielęgniarka będzie z pewnością potrzebna - jeśli Pan nie chce się pofatygować to ja to zrobię. Obrócił się i przycisnął przycisk wzywający personel medyczny. Po krótkiej chwili wpadła pielęgniarka.
- Czy cos się stało? - Spojrzała na zgromadzonych i na Boba.
- Tak proszę przynieść opatrunki temu człowiekowi - wskazał na Jeremiego- trzeba mu zabandażować dłoń, ten pan - wskazał na sąsiada leżącego na łóżku - widocznie cierpi z bólu proszę mu przynieść jakieś środki znieczulające, sam nie raz w życiu się poparzyłem - choć nie tak dotkliwie, ale wiem, że to boli jak cholera.
- Ja potrzebuję czegoś uspokajającego - może waleriana czy coś w tym rodzaju? I dla tej Pani również chyba by się to przydało, przecież widzi Pani, że jest ona cała roztrzęsiona. Poza tym straszne mam kołatanie w sercu. - Bob nie kłamał, od nadmiaru wrażeń (a może przez tą kawę) serce waliło jak oszalałe. Jest mi tu duszno, czy mogłaby Pani bardziej uchylić okno?
Pielęgniarka podeszła do okna, uchyliła je, po czym wyszła najprawdopodobniej po środki medyczne a przynajmniej Bob miał taką nadzieję.
Bernard Wilsman roześmiał się głośno, ale bardzo serdecznie. Wszystkich dziwił sposób, w jaki potrafił zmieniać nastroje. Nagle z jego twarzy zniknęły wszelkie oznaki zdenerwowania, robił wrażenie dobrego wujka z Ameryki, miał uśmiech który naprawdę potrafił rozładować napięcie.
- Spokojnie, nie wszyscy na raz. Cieszę się, że udało mi się zyskać wasze zainteresowanie przynajmniej. Pani Saro ja nikogo o nic nie podejrzewam, jestem bardziej skłonny wierzyć, że jesteście w niebezpieczeństwie i zostanie wam przydzielona ochrona, jeśli tego będziecie sobie życzyć. Panie Allan, pańskie słowa ranią mnie jak nóż. Ale ja też jestem człowiekiem i zaraz to panu udowodnię. Panie Jeremy, proszę spróbować się uspokoić, nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego, co pan teraz musi przeżywać, ale powiem coś, co może nieco złagodzi ból, mamy tego skurwysyna, właśnie wróciłem z jego przesłuchania. Ale to nie ten ze zdjęć.
Człowiek na zdjęciach to „Lord Płomieni”. Tak sam siebie mianuje, na początku uważałem ten pseudonim za zabawny, ale jakoś mi przeszło. Pomimo naszych starań, wciąż nieznamy jego prawdziwego imienia. Naprawdę mało o nim wiemy, tylko tyle, że pochodzi z Europy. Niektórzy z naszych ekspertów zaczynają wierzyć, że on się nigdy nie urodził. Głupie nie?
Wieko od trumny pańskiej żony od rana znajduje się w naszym laboratorium. Specjaliści dali radę ustalić parę faktów, które są co najmniej dziwne. Napisy wyryte zostały po wewnętrznej stronie wieka za pomocą krawędzi jakiegoś małego przedmiotu. Śladowe ilości złota, sugerują, że przedmiot ten był zrobiony z tego właśnie tworzywa. Sam napis zaczął powstawać tydzień temu a proces tworzenia zakończył się wczoraj. Co to oznacza? Co dziennie wydrapywanych było parę słów.
Dam wam czas na przetrawienie tych informacji zanim opowiem resztę, zbyt wiele informacji na temat tej sprawy na raz mogłoby naprawdę wami wstrząsnąć.
A teraz wybaczcie mi na moment, musze spełnić moje normy człowieczeństwa na dzisiaj i upewnić się, że pielęgniarka przyniesie to, co trzeba.- Skończył swą przemowę i wyszedł z sali.
Bob w tym czasie przekartkowywał księgę i zatrzymał się na jednej ze stron. Rysunek przedstawiał jeden z rytuałów, grupa osób stojąca w okręgu, wszyscy ubrani w rytualne szaty. Naga kobieta po środku z otwartymi tętnicami myje dziecko w małej wanience.
Nagle śmierć znalazła się koło niego, nie podeszła, po prostu zniknęła i pojawiła się tuż obok. Położyła dłoń na piersi Boba. Poczuł ból, mocny, znajomy. Dziewczynka uśmiechała się, ale to już przekraczało ludzkie normy. Szczęka rozwarła się nienaturalnie mocno, zobaczył kłębowisko larw i much w jej gardle. Bezpowrotnie zniknęły jakiekolwiek myśli o tym, że mogła być kiedyś dobra, w tej chwili stała się uosobieniem zła. Z całą pewnością nie posiadała materialnego ciała, utkana była z czystego chaosu, zła, cierpienia i bólu. Bólu, który przelewała teraz na niego.
Myślał intensywnie.- Mam mało czasu. Pół roku? To coś jest w stanie mnie załatwić w pół dnia. To wszystko jest ze sobą powiązane, rozwiązanie tej sprawy podpalenia to chyba jedyna moja szansa na uratowanie życia. To coś chce mojej śmierci, czeka cierpliwie, aby potem zabrać mą duszę do…. Nie, niemyśl w ten sposób, bo oszalejesz, zresztą, co mi szkodzi, ja już oszalałem. *cenzura*, ale to boli.- Jego ręka sięgnęła po przycisk wzywający pielęgniarkę, ale w tym momencie śmierć zniknęła, tak po prostu, a z nią minął cały ból. Wszystko to trwało niecałą sekundę. Jedyny ślad zdarzenia, jaki pozostał to zimny pot na jego twarzy.
Matthew Winder
________________________________________
Agent szybko pogrzebał nadzieję na spokój. Gdy tylko wrócił z kawą, od razu wyłożył o co mu idzie. Zebrani wdali się w dyskusję, momentami gwałtowną. Matt słuchał uważnie do momentu, gdy ujrzał zdjęcia. Trzy zdjęcia które z miejsca przegoniły powoli wracający spokój. Widział mężczyznę ze zdjęcia, widział go wychodzącego z płomieni... I nazwiska na trumnie... Matt czuł, że coś ściska mu serce, przed oczami mu pociemniało, a ręce zaczęły drżeć. Nie był w stanie podzielić się swoją wiedzą, koszmar wracał. Dopiero gdy mężczyzna z blizną wyznał co wie o zdjęciach, dopiero gdy agent Wilsman opowiedział o Lordzie, dopiero wtedy coś się w Matthew otworzyło. Nie zauważył nawet jak agent wyszedł. On był znowu w płonącym budynku. Zaczął cicho mówić, zwracając uwagę pozostałych.
- Ja... Ja widziałem, widziałem lorda... Ze zdjęcia, był tam...Wyszedł z płomieni, jak gdyby nigdy nic... Wyszedł i... ta twarz, te oczy... śmiał się.... – Matt wzdrygnął się. Widać było, że zaraz się rozpłacze. Zaczynał szlochać.
- Roy... Roy chiał pomóc, rzucił się, miał go. A on... on… nie mozna tak rzucić człowiekiem! Nie można... Ogień, Boże jak on krzyczał! Chciałem pomóc, nie mogłem... – tutaj zaszlochał mocniej, ale szybko przestał. Wstrzymał oddech.
- Audrey! – wyrzucił nagle – Gdzie ona jest?! Ogień... Tyle ognia! Boże! Stał przy niej, trzymał ją... Audrey, nie! Zabrał ja do ognia, wprost do ognia! Tyle ognia, ona krzyczy, a ja nie mogłem jej pomóc! Czy ona...? Bożeee, niee! – w tym momencie rozkleił się zupełnie. Poszarpane nerwy nie wytrzymały. Szlochanie przeszło w gwałtowny, spazmatyczny płacz. Płacz, który musiał poruszyć obecnych na sali współtowarzyszy.
Bob Smith
Zimny pot na zewnątrz a wewnątrz pustka. Bob zaniemówił, w skołatanej głowie echem odbijało się jedno jedyne słowo „NIEEEE!!!”
Bob chciał zrobić jeszcze wiele rzeczy, lecz kiedy "śmierć" pokazała swe prawdziwe oblicze zaniechał niemal wszystkiego. Złudzenie, w którym sam się dotąd utrzymywał, prysnęło niczym bańka mydlana w momencie, gdy "śmierć" otworzyła paszczę. To przez nią wylądowałem w szpitalu - zły tryb pracy, złe jedzenie, brak snu tak - to była prawda, ale przyznaj się Bob, nigdy wcześniej nie bolało cię serce, nawet dostanie się na 3 piętro w biurze nie sprawiało Ci większych problemów.
Boże, kto mi to zrobił i dlaczego?
Zaraz, kult, rytuał - ja za młodu skąpany w krwi... Może ostatnie wydarzenia były swego rodzaju zapalnikiem do uruchomienia całego tego koszmaru. Muszę raz jeszcze dokładniej przyjrzeć się rytuałowi - w jakim celu się go odprawia?
W tym momencie spojrzał na Jeremiego, to spojrzenie wyrwało go z odrętwienia, w którym tkwił do tej pory. Książka była najbliższym a być może jedynym źródłem informacji o tym, co mi się wtedy przydarzyło.
- Czy mógłbym zerknąć raz jeszcze? –Spytał Jeremiego- Jestem niemal pewien, że znalazłem w niej coś istotnego, coś, co związane jest ze mną i po prostu musze to wiedzieć. Jego głos i spojrzenie było niemal błagalne. Narzucała się myśl o skaleczonym dziecku, które wystawia swą ranną rękę do matki by ta nałożyła opatrunek.
Sara Peterson
Gdy tylko Agent zamknął za sobą drzwi, Sara parsknęła ironicznym śmiechem i założyła ręce na piersi.
- Mam już serdecznie dość tego dawkowania informacji! Co on sobie wyobraża? Że jesteśmy jakimiś półgłówkami i nie dopuszczamy do swoich tępych umysłów coś zupełnie ... nierealnego? - sprzeczność jej słów była nawet trochę śmieszna - Ile tu jeszcze będziemy siedzieć? Do białego rana? Zanim dowiemy się ... jeśli w ogóle dowiemy się tak naprawdę o co chodzi...
- Ktoś zbezcześcił grób kobiety. Wstrząsająca wiadomość.... wprost nie mogę się pozbierać! Do cholery, ktoś wydał na mnie wyrok! To, w rzeczy samej, mnie interesuje!
Była bardzo zdenerwowana, widać przydały by się jej jakieś środki uspokajające. Nie wstawała wciąż z łóżka i nadal z jakąś ukrywaną obawą spoglądała w kierunku mężczyzny z blizną na twarzy.
Alan Moss
Kobieta odsunęła się od niego przenosząc się na łóżko w pobliżu Boba. Widocznie jej doznania były zbyt świeże, by mogła przyjąć pomoc od kogokolwiek.
Alan wziął sobie wolne krzesło, usiadł na nim i zamyślił się głęboko nad słowami osób, które powoli, jedna za drugą, odsłaniały mroki swojego życia. Powoli w jego głowie układał się przeklęty plan istoty każącej nazywać się Lordem Płomieni. Było mu tak niewymownie przykro, że coś takiego spotkało tych wszystkich ludzi zwłaszcza Jeremy’ego, nie chciał rozmawiać o tym teraz, to były jego intymne sprawy i nikt nie musi tego wiedzieć poza nimi dwoma. Nie czuł się upoważniony, by mówić o sprawie Ann przy obcych, wolał poczekać na lepszą okazję do takiej rozmowy.
Doświadczenie Alana kazało mu sądzić, że ów Lord nie jest do końca człowiekiem, ale dowodzenie tego w tej chwili mogłoby niektórych już całkowicie i bezpowrotnie zepchnąć w szaleństwo. Za nic nie mógł do tego dopuścić. Wspomniał widziany wczoraj obraz czarnej, trującej swoim złem mazi, wylewającej się z otoczenia postaci Lorda i swoją reakcję na ujrzenie tak skumulowanego w jednym ciele zła. Kirlianowski obraz najbardziej psychopatycznego mordercy, jaki kiedykolwiek żył w tym kraju, zdałby mu się wobec obrazu Lorda zapewne tak niewinny, jak chłopięce zabawy w przypiekanie mrówek lupą zestawione z koszmarem mordów Drugiej Wojny Światowej.
Alan próbował zachować pozory spokoju, ale w głębi ducha był zrozpaczony i przerażony.
- Wdepnęliśmy w gówno po uszy. – powiedział, nie przywiązując nawet specjalnie uwagi do tego, że agent Wilsman opuścił już ich towarzystwo.
W gruncie rzeczy wiedział jednak, że prawda jest dużo straszniejsza. Byli chodzącymi trupami, które może nie do końca tylko zdają sobie z tego sprawę. Lecz czy śmierć w tej sytuacji mogła przynieść jakiekolwiek ukojenie, czy mogłaby być ucieczką… Nie! Śmierć będzie dopiero początkiem prawdziwego koszmaru.
Przedłużanie życia - to mógłby być ich cel, najważniejszy cel. Ale jak długo można je przedłużać w konfrontacji z Lordem? Jakie dokładnie są jego plany wobec nich i czy można im jakoś przeszkodzić? Dręczyły go pytania pozostające bez odpowiedzi.
Nie sądził, że kiedykolwiek spojrzy na swoje życie z perspektywy ograniczenia się do desperackich prób przedłużania jego gasnącego płomienia. Myśl o inwestycjach w przyszłość przywodziła jedynie uczucie beznadziejnego żartu, z którego powodu można bardziej płakać niż śmiać się.
Nagle zarejestrowane przelotnie emocje przerażenia wyryte na twarzy Boba przyciągnęły jego uwagę. – Czające się zło i jego macki znowu sięgają po tego biednego człowieka. – pomyślał – Czy da radę, żeby jeszcze tym razem się im oprzeć.
Trwało to chwilę nim grymas bólu opuścił go, a wraz z nim opuściło Alana przeświadczenie, że jakieś niewidzialne, uosobione zło zagościło pomiędzy nimi. Stało się dla Alana jasne, że to Zło, które on mógł jedynie wyczuć, Bob mógł nawet widzieć i ulegać jego koszmarom.
Teraz Alan wreszcie mógł coś powiedzieć, czuł, że nareszcie są sami.
- Nie poddawaj się Bob! – powiedział bez ogródek. – Wybacz, ale myślę, że najwyższy czas darować sobie głupie konwenanse, kiedy gra toczy się o życie. On może wrócić tu w każdej chwili, a w jego obecności być może nie bylibyśmy w stanie nic zrobić. On jest naprawdę zły. Prawie tak zły jak postać, którą widzieliśmy na zdjęciach. – postawił swoje przy łóżku Boba i ponownie usiadł na nim. Celowo użył słowa "on", a nie "to". Bob będzie wiedział o kogo chodzi a inni pomyślą pewnie, że miałem na myśli agenta Wilsmana. Nie chciał ich zanadto przestraszyć ujawnianiem całej prawdy. Wolał nie eksperymentować na tym ile ich psychika może jeszcze dzisiaj znieść.
- Nie pytaj skąd wiem – uprzedził rodzące się na ustach Boba pytanie – po prostu czuję to. Niektórzy ludzie potrafią w pamięci obliczać działania na ogromnych liczbach, a ja czuję właśnie to.
Miałem Cię odwiedzić dziś przed południem na prośbę Twojego przyjaciela, Pana Edisona, przełożyłem to spotkanie na jutro, ale jak widać los zobaczenia się tutaj dzisiaj był nam pisany.
Jeżeli chcesz o tym teraz porozmawiać to powiedz, zobaczę, co mogę dla Ciebie zrobić.
Bob Smith
- To Pan jest tym specjalistą w dziedzinie snów?
Mężczyzna potakująco kiwnął głową – czekał spokojnie aż Bob powie mu wszystko, co mu leży na sercu.
- Daron Edison – mój przyjaciel wspominał coś o Panu. Prawdę mówiąc nie wiem czy to najlepsze miejsce i czas – zważywszy na okoliczności i pozostałe osoby, ale być może lepszego czasu już nie będzie, bo sam nie wiem ile jeszcze pożyję – jak nic z tym nie zrobimy to zapewne niedługo.
Jeżeli ktoś ma dość wstrząsów na dziś to może zwyczajnie nie słuchać lub wyjść na moment, bo to co za chwilę powiem jest koszmarne i aż zadziwiająco realne zarazem.
Bob odczekał kilka chwil, wszyscy wydawali się być wsłuchani, zapewne liczyli na odkrycie czegoś nowego, czegoś, co pozwoli pozbierać całą tą układankę do kupy.
Westchnął ciężko, zamyślił się na chwile, po czym spojrzał się Alanowi prosto w oczy i przemówił.
- Miałem sen. To nie był zwyczajny sen – nie mogłem się przebudzić, mimo, że próbowałem, czułem w nim ból i zapach.
Znajdowałem się w jakimś starym hotelu. Odkrywał on przede mną przeszłość, tak widziałem sceny z dzieciństwa – nawet takie, o których dawno już zapomniałem. Wiem co myślicie, to mogła być zwykła reakcja podświadomości próbująca odkryć przeszłość, od której się odwróciłem. Można zaszufladkować zdarzenia z przeszłości i zapomnieć o nich, ale nie można tych wspomnień zniszczyć. Mózg jest jak twardy dysk, którego nie można sformatować – można, co najwyżej pochować pliki głębiej i głębiej.
Przepraszam znowu odbiegam od tematu, po prostu nawet nie chcę o tym myśleć tak bardzo jest to przerażające.
Ostatnie słowa niemal wydusił z siebie, łzy pociekły mu po twarzy i przez dłuższą chwilę za bardzo był roztrzęsiony, aby mówić dalej. Najwidoczniej dopiero teraz tak naprawdę zaczęły spływać z niego emocje.
Gdy już ochłonął nieco, przez ściśnięte gardło kontynuował.
- Widziałem, co zrobił mój ojciec – oddał mnie na jakiś czas sekciarzom. Widziałem scenę, w której jako maleńkie dziecko brałem udział w rytuale – zupełnie takim jak widziałem na jednej ze stron tej książki.
Tu wskazał na trzymane przez Jeremiego dzieło.
- Jakaś kapłanka kąpała mnie we własnej krwi. Gdybym najpierw przeczytał tą książkę a sen miałbym później, to jeszcze jakoś wytłumaczyłbym to sobie, ale w tym momencie jest zupełnie na odwrót.
Jak już mówiłem normalnie zrzuciłbym to na figle jakie czasem płata nam mózg. Takie różne senne wariacje, ale po przebudzeniu koszmar wcale się nie skończył. Właściwie to mogłem odetchnąć dopiero przed chwilą a i to nie wiem na jak długo zostało mi dane. Muszę spojrzeć na ten rytuał inaczej nie da mi to spokoju – chcę wiedzieć, co i po co ze mną zrobiono – tu musi być jakiś klucz do tego co się teraz ze mną dzieje.
Bob skończył, wypuścił powietrze i czekał na reakcję pozostałych. Miał nadzieje, że nie uznają go za wariata. Ostatnie czego sobie życzył to pozostanie z koszmarem sam na sam w zamkniętej celi. Przed tym czymś się nie schowam – pomyślał.
Alan Moss
- Mów mi Alan! – powiedział podając rękę Bobowi – Mówmy sobie po imieniu, proszę. – zwrócił się do pozostałych - Tak będzie lepiej. Siedzimy razem w tym gównie, więc chyba nie ma sensu sobie dalej Panować.
Przepraszam, za dosadne określenie Saro, – powiedział do kobiety siedzącej obok - ale chyba nie można tego inaczej nazwać.
- Twoja przeszłość jest dużo bardziej zawiła i niebezpieczna niż przypuszczałem. – skierował znów swoją uwagę na Boba - Możliwe nawet, że jest kluczem do wyjaśnienia nie tylko Twoich kłopotów, ale naszych także. Jeżeli jesteś pewien, że rozpoznałeś w księdze rytuał, któremu poddano Cię w dzieciństwie, to bliższe poznanie go mogłoby nam wiele powiedzieć na temat Twoich koszmarów i obecności tego, co Cię prześladuje Bob. Z chęcią zbadam później tą księgę, o ile Jeremy zgodzi się mi ją pożyczyć, mam w bibliotece wiele ksiąg, które pozwolą powiedzieć więcej o faktycznym zastosowaniu tego woluminu oraz rytuału przedstawionego na zdjęciach. Skoro księga ta interesowała tego całego Lorda i zawiera rytuał dotyczący Twojej przeszłości Bob, to bardzo możliwe, że jest to ta sama lub bardzo podobna sekta, mająca podobne cele i metody.
Czy mógłbyś mi wskazać rozpoznany przez siebie rytuał? - Poprosił Jeremiego o książkę, a kiedy Bob odnalazł ową rycinę przyjrzał się jej uważnie i oddał książkę Jeremy’emu.
- Przepraszam Bob, ale muszę teraz zadać Ci parę intymnych pytań, oczywiście możesz nie odpowiadać, ale pomógłbyś sobie bardziej odpowiadając na nie.
Mam powody przypuszczać, że Twój ojciec nie tylko oddał Cię jakimś sekciarzom, jak twierdzisz. On sam mógł być członkiem sekty i co więcej, mógł nawet brać udział w tym rytuale.
Interesuję się okultyzmem od wielu lat, badam jego historię i obecne przejawy. Mam też spore znajomości w kręgach podobnych badaczy, ale podkreślam nie praktykuję tego, chcę tylko to poznać, wiedzieć, czym to grozi, wierzcie mi, mam swoje powody.
Gdybyś powiedział mi jak się nazywa Twój ojciec i gdzie mieszkał w czasie swojego życia, może udałoby mi się odnaleźć o nim jakieś informacje. Czy mógłbyś powiedzieć, jakie były i są relacje między Wami?
Jeżeli nie próbował przekazać Ci jakiejkolwiek wiedzy okultystycznej, uczynić Cię swoim spadkobiercą w hierarchii sekty, oznaczałoby to, że potraktował Cię wyłącznie jako ofiarę. To byłoby straszne, dlatego musimy to zbadać, by móc to wykluczyć. – pozwolił Bobowi odpowiedzieć na pytania po czym kontynuował rozmowę.
- Proszę teraz żebyś przypomniał sobie ten dzień, kiedy zasnąłeś i dokładnie mi go opisał, zwłaszcza ostatnią godzinę przed zaśnięciem: co robiłeś, która dokładnie była wtedy godzina, ile czasu trwał sen według naszego czasu, a ile w czasu w rzeczywistości snu? Ten czas często nie płynie jednakowo.
Rozmawiałem z Daronem o tym, że chciałbym obejrzeć Twój pokój. Jeżeli się zgodzisz pojadę tam z nim jutro. Może znajdę w nim jakąś wskazówkę, która wywołała ten sen. On musi mieć swoją przyczynę, takie rzeczy nie dzieją się bez powodu. Istotne mogą być czas, miejsce i okoliczności. Na przykład mogło to zostać wywołane przez rytuał. Czy zauważyłeś żeby ktoś Cię śledził ostatnio, przyglądał się Tobie lub interesował bardziej niż zwykle? Czy ktoś się włamał kiedyś do Twojego mieszkania, coś Ci zginęło?
Mogło to też zdarzyć się dawno temu, nawet wtedy w dzieciństwie, koszmar może być efektem rytuału odprawionego wówczas. Dlatego musimy znaleźć klucz do tego wszystkiego, potwierdzić i wykluczyć, co tylko możliwe.
Powiedz mi, ile masz lat Bob i ile mogłeś mieć wtedy jako dziecko, gdy poddano Cię rytuałowi? Staram się ustalić czy to, co przeciągnąłeś za sobą ze swojego snu, może być obiektem adoracji tego rytuału. Czy między datą rytuału, a dniem koszmaru zachodzi zbieżność lat , pór roku, miesięcy, a nawet pory dnia.
Nie wiem jak dokładna była wizja tego rytuału, ale jeżeli pamiętasz jakieś specyficzne powtarzane przez kultystów słowa, albo znaki, symbole, to postaraj się je szybko zapisać, póki nie uleciały zupełnie. Jeżeli nie dotrzesz do wszystkiego świadomie to zawsze możesz spróbować poddać się hipnozie. To naprawdę działa.
Bob Smith
- Dobrze, Alan. Bob uścisnął mężczyźnie dłoń ciesząc sie jak małe dziecko z odnalezionego zrozumienia i z okazanej pomocy.
Miałem wtedy rok, wiem, że możecie zwątpić bym coś z tego okresu pamiętał, ale jak mówiłem we śnie widziałem tyle zdarzeń rozpiętych na długim - może niemal całym okresie życia i każde z nich było realne i potwierdzało sie z pamięcią, jaką posiadałem tuż przed zaśnięciem.
Tak apropo zaśnięcia jak dobrze pamiętam to był zwyczajny dzień, - praca klienci - nikt szczególny. Odpłynąłem w domu wybierałem się właśnie do klubu byłem umówiony z Daronem, pewnie sie zaniepokoił, że nie przychodzę i sprawdził co u mnie. On sam pewnie powie więcej na ten temat.
Ojciec nazywa się Tomas Smith. Wątpię jednak, żeby mój ojciec sam był okultystą, jest zbyt durny na to, z migawek przeszłości pamiętam, ze oddał mnie na dzień w ręce obcych ludzi w zamian za kasę. Rozumiecie? Jedno roczne dziecko...
Bob zamyślił się na chwilę, lecz wydarzenia te jakkolwiek bolesne nie robiły już na nim żadnego wrażenia, nie po tym jak zobaczył prawdziwe oblicze "śmierci".
Nie mam nic przeciwko twojej wizycie u mnie w domu, sam najchętniej tam pojadę, jeśli tylko pozwolą mi wyjść. Co do zbieżności dat, osób, dziwnych przypadków, musiałbym się nad tym dłużej zastanowić, trochę jeszcze jestem wstrząśnięty tym wszystkim i nie to teraz zaprząta mi głowę.
Co do hipnozy to nie jestem ku temu przychylny z kilku powodów. Jeżeli coś mi zagraża to chyba nie mogę sobie pozwolić na utratę kontroli i świadomości. Za duże ryzyko. Mieszanie i ingerencja w podświadomość - brutalna i co gorsza zewnętrzna była by też niezgodna z HUNĄ - czyli systemem i normami postępowań, które wyznaję - choć nie jest to żadna religia. Możecie sprawdzić w internecie wpisując Huna w wyszukiwarce to przekonacie się, że jest w tym samo dobro i świadomość.
Pytasz się ile czasu trwał sen? W szpitalu leżę ponoć dwa dni. W śnie momentami sekundy były wiecznością, przykro mi, ale nie potrafię określić ile minęło tam czasu - wiem, że był to dla mnie długi naprawdę długi koszmar. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzyłbym takiej tortury.
Gdy skończył - raz jeszcze wziął książkę od Jeremiego otworzył na stronie z rytuałem i zagłębił się w lekturze szaleńczo próbując odnaleźć własne odpowiedzi.
Jeremy wydawał się nie słyszeć ani słowa z tego, co było mówione. Wpatrywał się w trzymaną w ręku kopertę. Nawet nie zauważył, jak Bob wyciąga mu z ręki książkę. Z zadumy wyrwał go głos Alana. Przez chwilę rozglądał się nieprzytomnie po obecnych, po czym spojrzał na Alana.
- Jasne. Weź tę książkę. Te świry będą chciały mi ją zabrać. Lepiej, żebyś Ty ją miał.
Bob Smith
Bob na moment wyrwał się z lektury i spytał wprost.
- Nie wiem czy ma to jakieś znaczenie, ale widziałem też około dziesięcioletnią dziewczynkę w czarnej, koronkowej sukni. Czy może mieć ona związek z którymkolwiek z Was?
Rzucił pytanie do wszystkich i nie czekając na odpowiedź powrócił do badania rytuału.
Alan Moss
Alan podziękował Jeremy’emu za książkę. Znów siedział na łóżku Boba i odkreślał w notesie odpowiedzi na zadane mu wcześniej pytania.
- Nie znam żadnej dziewczynki, no nie kojarzę nikogo takiego w tej chwili. – powiedział Alan z nosem utkwionym w notesie.
- Może Ci się wydawać, ze Twój ojciec był zbyt głupi by mieć swoje miejsce w sekcie. Sekty wcale nie zrzeszają jakichś geniuszy, najczęściej są w nich ludzie przeciętni, szarzy obywatele, wielu z nich na pewno nie jest mądrzejszych niż Twój ojciec. Dzięki temu właśnie sekty mogą ich omotać. Wystarczy, że ich lider będzie na tyle cwany by manipulować pozostałymi i zrobi z nimi, co zechce. Użyje do tego narkotyków, szantażu, strachu, przemocy fizycznej lub religijnego prania mózgu, wszystko jedno. Każda metoda może być skuteczna. Poza tym sekty mają wiele sług. Ludzi, którzy nie biorą czynnego udziału w rytuałach, ale wyświadczają przywódcy sekty różne usługi, żeby kiedyś dołączyć do elity i stać się jednym z tych wybranych. Kimś takim też mógł być Twój ojciec. Może nie znasz całej prawdy na ten temat, co dostał w zamian za oddanie Cię sekcie… Fakt, że miał z nimi kontakt jest wystarczający, by go podejrzewać. Normalni ludzie nie potrafiliby do nich dotrzeć i dobić targu. Zazwyczaj są to zaufani ludzie, którzy stwarzają pozory normalnych lub zbyt głupich na cokolwiek. Dzięki temu sekta jest tajna.
- Wiem, że pytałem trochę chaotycznie, bo nie jestem przygotowany na to spotkanie. Nie spodziewałem się Ciebie tu dzisiaj spotkać. Normalnie przyniósłbym Ci pytania wydrukowane na kartce, a tak niestety muszę trochę improwizować i dzięki temu kilka z nich umknęło Twojej uwadze. Skoncentruj się i mów spokojnie. Poczekam na Twoją odpowiedź po każdym pytaniu. Musimy to uzupełnić. A więc…
Gdzie dokładnie mieszkał Twój ojciec w czasie całego swojego życia? Pamiętasz adresy?
Gdzie się urodził?
Ile ma on obecnie lat?
A ile Ty masz lat Bob?
Jakie są między Wami stosunki?
To wszystko, co na razie potrzebuję o nim wiedzieć. – powiedział zapisując skrótowo odpowiedzi.
- Teraz postaraj się ponownie skupić na swoim mieszkaniu i ostatniej chwili przed zaśnięciem.
Co robiłeś przez ostatnie 5-10 minut zanim zasnąłeś? Postaraj się to dokładnie opisać.
Która wtedy mogła być godzina? To było dwa dni temu, tak? – upewnił się Alan.
- Czy poczułeś senność, walczyłeś z nią, czy sen przyszedł nagle?
Czy miałeś wtedy kontakt z jakimś specyficznym przedmiotem, czymś co mogło przywołać wspomnienia?
Może myślałeś o czymś, co wydarzyło się w przeszłości?
Czy miałeś w swoim życiu do czynienia z jakąś magią lub czymś niezwykłym? Oczywiście możesz pominąć fakt uczestnictwa w rytuale, o tym już wiem.
Jakie jest najbardziej niesamowite doświadczenie, jakie pamiętasz? Oczywiście poza rytuałem.
Dobrze teraz ostatnia rzecz i już dam Ci odpocząć – Rytuał. Spróbuj sobie przypomnieć te obrazy, może dźwięki…To co widziałeś we śnie i to co możesz pamiętać z życia o ile to możliwe. Ustaliliśmy już, że miałeś mniej więcej rok.
Czy może zwróciłeś uwagę, co było widać przez okno?
Jaka mogła być pora roku, pora dnia? Czy to mogła być zima, tak jak teraz?
Mówiłeś, że kobieta polewała Cię własna krwią. Pamiętasz coś więcej z tego rytuału?
Jak wyglądała ta kobieta, może jakieś symbole, słowa?
Domyślam się, że coś przyszło tu za tobą z tego snu. Prawdopodobnie nawet, to właśnie wywołało ten sen. Po co? Może żeby Ci o tym przypomnieć, nie wiem, mogę tylko przypuszczać, ale dowiem się jak zbadam ten rytuał i resztę księgi. Na razie nie będę karmił Cię przypuszczeniami.
Jeżeli widzisz lub widziałeś to coś, mógłbyś to opisać? Z wyglądu, zachowania…
Przykro mi, że musiałeś jeszcze raz przez to przechodzić. Mam nadzieję, że te informacje okażą się owocne, a gdybyś coś sobie jeszcze przypomniał dzwoń do mnie niemal o każdej porze. Zazwyczaj nie zasypiam przed 3 w nocy. – wyciągnął z kieszeni wizytówkę i położył na szafce obok łóżka.
Usłyszeli kroki na korytarzu, to z całą pewnością agent wracał od pielęgniarki. Już miał wejść, gdy ktoś zawołał go z końca korytarza.
-Agencie Wilsman! Mamy nowe informacje. Jest kolejna ofiara. Niezgadnie pan gdzie…
-Zamknij się głupcze! Może jeszcze przez megafon mi to powiesz? Czekaj, już idę.
Każdy poczuł, że jeśli chce coś powiedzieć reszcie bez obecności Bernarda to ma niewiele czasu. Agent oddalił się do swego rozmówcy ale z całą pewnością wróci niebawem.
Sara Peterson
Kobieta uważnie przyglądała się mówiącemu spokojnie mężczyźnie w habicie. Z początku miało się wrażenie, że zaraz go wyśmieje, mówiąc coś banalnego, jednak z każdym jego słowem kobieta poważniała coraz bardziej. Gdy skończył mówić wyglądała jakby była w szoku. Nerwowo patrzyła na Boba, oczekując chyba, że nie uwierzy mężczyźnie w te wszystkie brednie.
- Przepraszam, że się wtrącę, ale pan sam wygląda jakby był pan w jakiejś sekcie. Nawet tak pan mówi... jakby chciał pan otumanić tego biednego, chorego człowieka. Poza tym zaraz przyjdzie Agent. Może udałoby się coś usłyszeć z korytarza. Czy ktoś mógłby cicho uchylić drzwi?
Bob Smith
Bob wstał z łóżka i przeszedł wraz z Alanem na bok tak, aby nikomu nie przeszkadzać w zdobywaniu nowych informacji niosących się szpitalnym korytarzem.
- Nie chciałem agentowi mówić o swoich prywatnych sprawach, ale prawda jest taka, że mój ojciec nie żyje. Mieszkał całe życie w Shikago, pamiętam adres – St. Dominic str. No. 285/11.
Urodził się w szpitalu w Shikago. Mieszkanie w tej kamienicy odziedziczył po matce. Ja mam 24 lata, on miałby teraz 59.
- W jaki sposób umarł? - zapytał Alan
- Podciął sobie żyły, gdy miałem 7 lat. Nie odwiedzam jego grobu, ani ja, ani brat ani matka. Matkę odwiedzam rzadko, ona często ląduje w szpitalu.
W piątek wybierałem się z Daronem do klubu. Miałem przyjść na 21, ale byłem spóźniony, o 21.15 Wciąż szykowałem się do wyjścia. O 21.00 Wyszedłem z pod prysznica, suszyłem głowę, piłem kawę, grał telewizor, ubrałem się, użyłem perfum str8, założyłem kurtkę, buty, złapałem za klamkę … i nic więcej nie pamiętam, musiałem zemdleć. Nie miałem wtedy kontaktu z przedmiotem, który mógłby przywołać wspomnienia ani nie zagłębiałem się w wspomnieniach.
Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z okultyzmem, może parę rozpraw z sekciarzami, ale nic nadzwyczajnego się nie działo.
Najbardziej niesamowite doświadczenie? Hmmm… kiedyś, gdy odwiedziłem matkę w szpitalu miałem uczucie, że jestem obserwowany, nawet śledzony, ale zrzuciłem winę na fakt, że znajdowałem się w poczekalni zakładu psychiatrycznego.
Z rytuału nie pamiętam wiele, mężczyźni stali kołem, ubrani w rytualne szaty, chyba z jedwabiu, kaptury przesłaniały ich oblicza. Szeptali słowa jakiejś modlitwy, niestety nie zrozumiałem ani słowa, nieudało mi się też żadnego zapamiętać, to była może jakaś mantra, słowa zlewały się ze sobą, nie rozpoznałem nawet języka, jaki był użyty.
Po środku stała złota wanienka do mycia niemowląt, bez żadnych zdobień, ale chyba na pewno była złota. Kobieta myjąca mnie była młoda, nie więcej niż 20 lat. Czarne długie włosy, jasna cera. Była ładna, robiła wrażenie niewinnej, skórę miała nieskażoną żadnym tatuażem. Jako jedyna była naga i milczała. Tętnice obu rąk rozcięte były w nadgarstkach. Wanienka była pełna krwi, ona zdawała się być już taka osłabiona, ledwo mnie trzymała. Wydaje mi się, że chyba musiała stracić życie podczas rytuału.
Okna były zasłonięte, nie mogę umieścić tego zdarzenia w czasie.
Bob mocno ściszył głos - wcześniejsze relacje jeśli ktoś słuchał to usłyszał, lecz tym razem musiałby się jeszcze zbliżyć do obojga.
Myślę, że masz rację Alan. To coś mogło przyjść tu za mną - przed zaśnięciem nigdy wcześniej tego nie widziałem. Dlatego właśnie pytałem się o dziewczynkę - gdyż taką właśnie początkowo przybrało postać. Zachowywała się spokojnie, głaskała mnie - miała nieco trupi wygląd, ale zachowywała się niczym grzeczna mała dziewczynka. Dopiero gdy otworzyłem książkę na rytuale - tym, który na mnie odprawiono wybuchła wściekłością i złem. Nawet nie wiem jak to opisać, ale w jednej chwili stała się czymś najgorszym, co w życiu widziałem. Jestem pewien, że ona chce mnie zabić. Myślałem, że mi serce pęknie, gdy włożyła rękę w moje ciało. Zdjęciom też się przyglądała, nazwałem ją "śmierć" i jeśli pozwolisz tak będę o tym czymś mówił. Ta "śmierć" jest bardziej inteligętna niż mógłbym przypuszczać. Dopiero teraz patrzę na to wszystko nieco inaczej. Skubana, była przy całej rozmowie agenta, śledzi i patrzy, co robimy - jak tu ją ubiec i działać, jeśli wie o wszystkim? - głos Boba zaczynał się łamać. Jest tak potworna a jednocześnie jest tak blisko.
Widząc pytające i rozglądające się oczy Alana - Bob szybko pokręcił głową i sprostował
- Nie, nie widzę jej tu teraz, ale gdy otwarłem książkę z rytuałem to pojawiła się przy mnie bez potrzeby poruszania. Zakładam, że po prostu potrafi pojawić się tam gdzie tylko zechce, może, jeśli mamy szczęście to rytuał ogranicza ją do mojej osoby, ale to oznacza, że to ja mam pecha. Myslę, że w tym rytuale jest nasza szansa obrony - śmierć zaatakowała, bo poczuła się w jakiś sposób zagrożona - jestem o tym przekonany.
Jeremy stał ze skrzyżowanymi rękoma, obserwując pozostałych, obecnych w pokoju. Jego twarz zastygła w wyrazie obojętności, ale zaczerwienione oczy zdradzały emocje, które nim targały.
Słowa Sary wydały mu się rozsądne. Podszedł do drzwi, lekko je uchylił, po czym zastygł w bezruchu, próbując wychwycić każdy płynący z korytarza dźwięk.
Alan Moss
- Tylko nie Pan, Saro. – powiedział wchodząc jej w słowo. – jestem Alan, pamiętasz…
Wybacz mi, że nie noszę jeansów i koszuli w kratkę, albo garnituru, ale bardziej cenię sobie surowy, ascetyczny ubiór niż nowe trendy mody zmieniające się jak pogoda. W pracy takiej jak moja koncentracja jest bardzo ważna i ten ubiór właśnie temu służy, ale zapewniam Cię nie należę do żadnej sekty. Jeremy może to potwierdzić, może on wyda Ci się bardziej wiarygodny – kiwnął głową w stronę mężczyzny stojącego przy oknie.
- To my z Bobem pogawędzimy sobie na boku a Wy spróbujcie coś podsłuchać. – przeszli z Bobem na bok, pod okno, by nikomu nie przeszkadzać.
- Chicago 17-24 lata temu, kto go może pamiętać… - zastanawiał się - może faktycznie dam temu spokój. Zobaczy się. – oddał głos Bobowi.
- Po 21-ej…, godzina nie szczególna, ale jest jednak w tym coś dziwnego.
Z rozmowy z Daronem dowiedziałem się, że znalazł Cię w ubraniu, gotowego do wyjścia, ale leżącego na łóżku. Oznaczałoby to, że nie upadłeś przy drzwiach i nie tam nastąpił sen. Ktoś lub coś zawładnęło Twoim ciałem, w niewiadomym celu, może kazało Ci zrobić coś, o czym jeszcze nie wiesz, a przekonasz się dopiero, kiedy wrócisz do domu i znajdziesz ślad, np. kazało Ci napisać list lub cokolwiek.
Następnie położyło Cię na łóżku, może by sprawić wrażenie, że zasnąłeś naturalnie lub dla niepoznaki, co oznaczałoby, że jest bardzo inteligentne i maskuje swoje działania.
Musimy tam się udać jak tylko będziesz w stanie, a wcześniej porozmawiać z Daronem i dowiedzieć się dokładnie, o której Cię znalazł. Zadzwonię do niego, jak stąd wyjdę. – ponownie oddał głos Bobowi. Alan zdał sobie sprawę z jak poważnym przeciwnikiem mają do czynienia. Ciekawiło go, czy znajdzie jakieś powiązania tej istoty z Lordem.
- Jak dawno to było temu? – zapytał o szpital – Widziałeś tego, co rzekomo Cię śledził? Skąd takie przypuszczenia? Musiałeś mieć jakiś powód, by tak sądzić.
Nie zauważyłeś żadnych symboli na szatach…- w sumie nie dziwiło to Alana, w szoku nie zwraca się uwagi na detale - ale może chociaż kolor tych szat pamiętasz? – powiedział zamykając sprawę rytuału i przechodząc dalej.
- A więc o to chodzi…dziewczynka w żałobnej sukience… Cóż duchy zwłaszcza te złe najczęściej przybierają fałszywy wygląd, jeśli nie działają jawnie. Ich prawdziwy wygląd mógłby zabić lub doprowadzić do obłędu. Lepiej będzie jak już nie będziesz zaglądał do tej książki, ja ją zbadam. Z resztą zajmuję się tym, na co dzień, więc tak na pewno będzie lepiej. – schował książkę za połę habitu. – Stąd mi nie wypadnie.
Tak wiem, że tu była wyczułem ją, dlatego nie rozmawiałem o poważnych sprawach. Czekałem aż sobie pójdzie, ale nie mogłem Was ostrzec lub poprosić o milczenie, bo wiedziałaby, że wiem o niej. Teraz na szczęście jej tu nie ma, dlatego wykorzystałem tą okazję na rozmowę.
To jest cholernie zła istota. Aż się prosi, by powiązać ją z tym Lordem, może to jego wysłannik...
Już tyle usłyszałeś i widziałeś, że chyba mogę Ci to powiedzieć. Ten Lord jest tak zły jak ona a może i jeszcze gorszy. Dlatego mam podstawy przypuszczać, że on nie jest człowiekiem. Widziałem go w antykwariacie Jermy’ego. Prędzej uwierzę, że to demon w ludzkim ciele lub nawet sam diabeł.
Dlatego bardzo martwi mnie nasze położenie. Ale Ty musisz się trzymać Bob, nie możesz się rozkleić, bo ona Cię zje. Musisz dać mi trochę czasu, spróbuję coś na nią znaleźć, ale musze trafić do domu i to jak najprędzej z książką i zdjęciami. Tu przeglądanie tej książki tylko narazi nas na niebezpieczeństwo.
Chodź do łóżka, zaraz pojawi się nasz Pan przyjemniaczek, a swoją drogą, jeżeli śmierć przekazała Lordowi to, co tu widziała, to Wilsman też może mieć ciepło. Może nawet gorąco. – skrzywił się na myśl ponownego spotkania Lorda.